O „obrażaniu uczuć religijnych”, obrażonych i obrażających. Kilka punktów podsumowania wydarzeń wiadomych.

46445099_1434609926668906_4348134627437707264_n

Sam zwrot „obraza uczuć religijnych” jest co najmniej idiotyczny, bo żadne uczucia, także religijne, nie mają poczucia własnej wartości ani honoru, które można obrazić. Nie ma także racjonalnego kryterium pozwalającego bezstronnie odróżnić zachowania, które urażają uczucia religijne, od takich, które ich nie urażają. Nie posiadam jednak ani kwalifikacji zawodowych, ani odpowiedniej wiedzy merytorycznej, aby uzasadnić semantyczną niejasność i dowolność interpretacji zjawiska zwanego „uczuciem religijnym” i kwestią jego ewentualnego obrażania. Zwrot ten nasuwa jednak kilka refleksji, które brzmią następująco, a do których uprawnia mnie korzystanie z dobrodziejstw zdrowego rozsądku:

  1. To co współobywatele katolicy nazywają „obrazą uczyć religijnych” jest ich dyskomfortem wynikającym z przekonania, że ich poglądy i wiara są poglądami i wiarą wszystkich obywateli zamieszkujących Polskę (obawiam się, że przekonanie to wychodzi także poza granice tego kraju). Taki pogląd jest naturalnie w państwie prawa i w cywilizowanych społeczeństwach odrzucany, ponieważ prowadzi do nietolerancji, dominacji, cenzury i tendencyjności w ferowaniu wyroków. Nikt z nas nie ma ani prawa, ani żadnej mocy by stwierdzić, że jest orędownikiem prawdy ostatecznej. Człowiek jest piękny, twórczy i rozwija się tylko dzięki różnorodności i czerpania z wiedzy, przekonań i doświadczeń innych ludzi.
  2. Sami katolicy mocno działają na polu zabrania sacrum swoim symbolom. Krzyże w każdym szpitalu, na poczcie, czy w klasie – nota bene świeckiej szkoły – są tego najlepszym przykładem. Dodatkowo nieustannie wykorzystywane także w sporach politycznych łączą się silnie z politycznymi poglądami, stają się częścią ideologi, a to z góry skazuje je na symbole agresji, nietolerancji oraz ograniczenia swobód obywatelskich. Ich sacrum chyli się ku profanum. Symbole chrześcijańskie także są nieodzownym elementem popkultury i konsumpcjonizmu.
  3. Skrajne przewrażliwienie katolików na punkcie obrazy uczuć działa również jednostronnie. Działając nieustannie z postawy wyższości obrażają tym samym wartości, o które się w gruncie rzeczy obrażają. Wydaje się nawet, że samo bycie ateistą, bądź wyznawcą innej wiary jest już najwyższą obelgą i znieważeniem. A przecież zarówno prawo, jak i ogólne zasady współżycia społecznego powinny wolność wyznania i poglądów gwarantować.
  4. Artur Schopenhauer w „Dialektyce erystycznej, czyli sztuce prowadzenia sporów” pisał: za oskarżeniem (w tym wypadku o obrazę uczuć religijnych) często formułowanym na podstawie szczątkowych informacji lub własnych mniemań, idzie atak personalny, który dodatkowo podgrzewa atmosferę i przenosi ciężar głównego zarzutu, zwykle pozbawionego racjonalnej mocy, na sferę emocji.” Warto też takie emocje studzić i jeśli czytało się Biblię, zastanowić razy kilka nad oskarżeniem drugiego człowieka.
  5. Publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej – o ile nie kwalifikuje się jako faktyczny wandalizm, a takich faktu istnienia takich sytuacji nie wykluczam – to już wyłącznie sprawa prawa kanonicznego, a nie legislatury państwowej – chyba, że jesteśmy obywatelami państwa wyznaniowego.

Człowiek jest niezwykły i skomplikowany. Do utrzymania warunków życia społeczeństw i stworzenia im szansy rozwoju niezbędna jest różnorodność i dialog.

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata.” (Mt 7,1-5)

Reklamy

„NUNC EST BIBENDUM”

Chyba większość z nas rozpoznaje jego postać i doskonale umie przyporządkować ją do właściciela. Wrósł na stałe nawet w młodą historię regionu, wraz z producentem opon, którego prezentuje. Mnie zawsze nurtowało pytanie o jego kolor, wszak opony są czarne i o jeden z przewodników o tej samej nazwie. Oto krótka opowieść o białym ludziku i wymarzonych kulinarnych gwiazdkach.

6441581_original

Bibendum, zdrobniale Bib lub Bibelobis, to jego właściwa nazwa, czy też imię. Postać „żywej opony” zagościła już na dobre w naszej świadomości, chociaż początkowo wyglądała nieco inaczej niż znany obecnie „ludzik Michelin”.

Bibendum ujrzał światło dzienne jako pomysł po odwiedzinach przez założycieli firmy Michelin, braci Edouarda i André, targów Universal and Colonial Exposition w Lyonie. Tam podobno, zobaczywszy wielką wieże ułożoną z rowerowych opon, skojarzyli ją z postacią ludzką, a pomysł spodobał im się na tyle, by wkrótce zaangażować profesjonalnego rysownika do realizacji wizualnej tego pomysłu.

Kilka lat później, rysownik Marius Rossilion przedstawił braciom plakat, który powstał na zamówienie jednego z monachijskich browarów. Na plakacie tym pokazany był mężczyzna wznoszący w górę kielich za słowami „Nunc est bibendum”, czyli „Czas się napić! Pomysł spodobał się braciom Michelin, został przez nich zaakceptowany i tak oto powstał pierwszy plakat, a na nim ludzik złożony z opon, wznoszący kielich, w którym zamiast piwa znajdziemy potłuczone szkło i gwoździe. Pierwotne hasło rozbudowano do brzmienia: „Czas się napić…za twoje zdrowie. Oponom Michelin nie straszne żadne przeszkody”.

bibendumI tak ludzik z opon zaczął podbijać świat. Pojawiał się wszędzie wpisując się w umysły i przechodząc przeróżne wizualne przemiany. Dopiero po wielu latach obrał swoją ostateczną postać, znaną doskonale w dniu dzisiejszym. Kiedy jeszcze było to dobrze widziane, palił papierosa, by go potem porzucić, kiedy palenie stało się passe. Nieco schudł i odmłodniał, a także nabrał dynamiczności nawiązując oczywiście do sportowych aspiracji reprezentowanego producenta opon.

I na koniec oczywiście kolor! W czasach powstania sympatycznego ludzika opony były białe! Tak jest! Znacznie później do gumowej mieszanki zaczęto dodawać sadzę w celu wzmocnienia jej struktury.

Niektórzy z Was słusznie zatrzymali myśl na chwilę i dobrze skojarzyli, że jest również przewodnik o tej samej nazwie co firma będąca właścicielem naszego oponowego ludzika – Michelin. I nie myli się ten, kto sądzi, że ich historia się łączy.

Tak jak Andre Michelin nie miał żadnych wątpliwości, że Bibendum na stałe wpisze się w nasze umysły, tak nie miał wątpliwości w 1900 roku, kiedy powołał do życia najpopularniejszy kulinarny przewodnik na świecie. Tak, to właśnie twórca sławnej fabryki opon! Początkowo miał być jedynie bezpłatnym dodatkiem, książeczką informacyjna o warsztatach, sklepach z oponami, czy stacjami paliw i obowiązujących na nich cenach, czy wykazem miejsc, w których można coś zjeść w czasie podróży.

Tak było do 1920 roku, kiedy to według opowieści, bracia Michelin zobaczyli stertę przewodników podpierającą stół i będącą podkładką pod brudne narzędzia w zakładzie mechanicznym. W 1926 roku przewodnik oprócz własnej ceny wprowadził ocenę gwiazdki, którą oznaczano restauracje z dobrym jedzeniem, chociaż zamysłem twórców zupełnie nie było stworzenia wyroczni kulinarnego świata. Gwiazdki miały być jedynie sugerowanym miernikiem wysokości cen do prezentowanej jakości. Jednak wiemy, że Francuzi są bardzo wrażliwi, jeśli chodzi o temat kulinarny i tak oto gwiazdki powoli stały się wyznacznikiem oceniającym restauracje, później również domki wyznacznikiem oceny hoteli.

Obecnie przewodniki Michelin można podzielić na serię przewodników kulinarnych (Czerwone przewodniki), opisujących hotele i restauracje, oraz serię przewodników turystycznych (Zielone przewodniki), opisujących miasta, regiony i państwa pod kątem ich atrakcyjności turystyczno-krajoznawczej. Każdy szanujący się restaurator czy hotelarz marzy o przyznaniu mu gwiazdek tak bardzo, jak obawia się anonimowych kontroli mogących pogrążyć jego firmę jednym, nieprzychylnym wpisem. Podobno już jedna gwiazdka zwiększa obroty restauracji czy hotelu aż o 40%!

Zapewne Andre Michelin nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ważny stanie się jego „dodatek do opon” i jak silnie w świadomości utrwali się pulchny, biały ludzik. A wszystko zaczęło się od pomysłu pewnych Francuzów…

„Między wzniesioną dłonią a owocem drzew…”

Drzewo to od zawsze najpotężniejsza roślina będąca uosobieniem bogów, symbolem połączenia sił podziemia (korzenie), sfer niebiańskich i kosmicznych (korona) z ziemskim bytem(pień). Drzewo to oś świata, świątynia, siedziba dobrych i złych duchów. Pod drzewem narodził się Budda i Wisznu. Plemiona pruskie wierzyły, że kobieca dusza odradza się w lipie, męska w dębie. Drzewo to symbol życia, płodności, wiadomości dobrego i złego. Drzewa otaczają nas wszędzie, ich symbolika przeplata się tez nieustannie w literaturze.

 

970208_659503354067262_618039246_n

W prastarych wierzeniach bardzo często przypisywano konkretnym gatunkom drzew bardzo precyzyjnie określoną symbolikę związaną z typami psychiki ludzkiej, z ich temperamentem i predyspozycjami. I tak na przykład, aloes symbolizował troskę, umartwianie się; cedr – potęgę, dumę, niezniszczalność i pychę; jesion – głęboką wiedzę, która daje moc; palma – zasłużone zwycięstwo, stanowczość i boskie błogosławieństwo.

Może podświadomie ta magia sprawia, że wielu z nas lubi otaczać się pięknymi przedmiotami z drewna. Dotykać je, patrzeć na wzory, odcienie i czuć ich zapach. I wtedy trafiamy do ludzi takich jak Jacek Filipowicz. Filipowicz Wooden Jewelry

Mieszka w Olsztynie, zbiera zabytkowe aparaty fotograficzne, lubi żeglowanie, ma kolekcję kieliszków do wódki z całego świata. Kiedyś chciał być fotografem przyrody, zarzucił ten pomysł, jednak niejedna jego praca, która oglądam na ekranie monitora podpowiada, że może to był błąd. Pociąga go egzotyka Australii, jej niepowtarzalny krajobraz. Sam śmieje się, że to fascynacja surfingiem – wcześniej wiele lat jeździł na deskorolce. Uważnie przygląda nam się zza szyby terrarium wąż Tequila.

Jacek od ponaf 10 lat zajmuje się też tatuażem i piercingiem, swego czasu to zainteresowanie sprawiło, że spędził jakiś czas na Cyprze. Tatuaż jest fascynacją, piercingiem zajmuje się osobiście. Teraz marzy mu się własna firma…a w niej wszystko z drewna.

Trzy lata temu oczarowało go drewno, wzory kolory. Jego kumpel robił rękojeści do noży. Stąd też drzewo egzotyczne. Pozostawały jakieś ścinki, kawałki, wszystko układało się w całość.

Wszystkiego, czego się nauczył, wypracował sam. Brak mu wielu narzędzi, które znacznie przyspieszyłyby i usprawniły pracę, ale nie brak pasji i zamiłowania.

Wzory są przeważnie geometryczne, matematyczne wręcz, takie trochę niepasujące do twórcy. Osobiście kilka spotkań wystarczy, by zauważyć, że mamy do czynienia z osoba skromną, może nawet nieśmiałą?… Być może to sprawia, że drewniana biżuteria jego autorstwa nie jest jeszcze szeroko znana w regionie. Czasem przebija się ten, kto najgłośniej krzyczy, a nie ten, który ma naprawdę coś do powiedzenia…

A szkoda to wielka, zwłaszcza dla tych, którzy lubią naturalne tworzywa, niebanalne połączenia, indywidualne podejście do biżuterii. Wszak ozdoba ta mówi do innych, jest swego rodzaju przekazem, informacja o nas samych.

Ręczna robota, indywidualne wzory, niejednokrotnie na zamówienie. Czasem powstają z zamierzonego wzoru, innym razem tworzą się w rękach Jacka, sklejane, łączone kawałki podpowiadają finalne rozwiązanie.

Czas nie liczy się przy pracy, płynie od początku do końca. Czasem jest niełaskawy, a czasem sprawia, że przy jednym podejściu koncepcja otrzymuje swój ostateczny kształt.

Jacek ma swoje faworyzowane gatunki, przede wszystkim zależne od tego, jak dają nad sobą pracować. Używa też połączeń ze srebrem i bursztynem. Marzy mu się w przyszłości galanteria biurowa a nawet meble.

I ja jestem oczarowana patrząc, jak mieni się to pięknie w świetle, jakie kolory może mieć naturalne drewno. Doceniam pracę, misterne wręcz wykonanie, czas i duszę zaklęta w każdym z tych ozdobnych przedmiotów. Popatrzcie sami. Ja już wybrałam.

 

Krótka opowieść o Hindenburgach

Pierwszy bohater tej krótkiej opowieści czując zbliżającą się śmierć, w roku 1934, spisał testament polityczny, w którym wyraził opinię, że narodowy socjalizm w Niemczech jest przejściowy. Jakże się pomylił, kiedy dzień przed jego śmiercią Hitler, łącząc stanowisko kanclerza i prezydenta stworzył formalnie narodowo-socjalistyczna dyktaturę. Paul Ludwig Hans Anton von Beneckendorff und von Hindenburg. Takiego przebiegu wydarzeń nie przewidział…

348295

Pewnie twórcy i budowniczowie kolejnego „Hindenburga”, o którym będzie ta opowieść – tym razem sterowca LZ-129, też nie spodziewali się takiego obrotu spraw i spektakularnego zakończenia istnienia tej imponującej konstrukcji.

A miała ona długość 245 m, średnicę 41 m, zawierała 200 tys. m³ wodoru w 16 zbiornikach. Sterowiec ten osiągał prędkość maksymalną 135 km/h ! Po wystartowaniu z Frankfurtu z 97 osobami na pokładzie i po trzydniowej podróży przez Atlantyk, sterowiec spłonął 6 maja 1937 r. podczas cumowania na amerykańskim lotnisku w Lakehurst.

Historia pierwszego jak i drugiego Hindenburga ściśle łączy się naszym regionem. Zacznijmy więc może od sterowca…

W 1913 r. miasto Allenstein zakupiło w Dywitach teren o powierzchni 111 hektarów, gdzie utworzono „stację balonów wojskowych”. Pod koniec roku prace przy hali sterowcowej byty już mocno zaawansowane. Kosztowała ona w sumie ok. 400 tys. marek i miała wymiary: 200 m długości, 44 szerokości i 34 m wysokości, a mieściły się w niej dwa takie zacne „latające cygara”.

Stacjonujące tu okresowo podczas pierwszej wojny światowej sterówce, brały udział w walkach na froncie, wykonywały też loty patrolowe i rozpoznawcze. Dowódcą jednego z zeppelinów korzystających w 1915 r. z olsztyńskiej hali był Ernst Lehmann, znany później jako kapitan sterowca nie innego, jak właśnie wyżej wspomnianego pasażerskiego LZ 129 „Hindenburg”. Lehmann pilotował sterowcem z lądu podczas jego ostatniego przelotu przez Atlantyk, zakończonego katastrofą. Niektórzy uważają nawet, że stał on na czele sabotażu i kazał zniszczyć „Hindenburga”.

Po przegranej wojnie Niemcy rozebrali całe lądowisko, wraz z zapleczem magazynów, kotłownią, a nawet własną stacją meteorologiczną. W 2012 r. została oddana do użytku ścieżka historyczno – edukacyjna poświęcona istniejącemu w Dywitach lądowisku sterowców. Po samym lądowisku zostały już tylko stopy do cumowania, fragmenty torowiska do hangaru… Cień minionej świetności, wspomnienie i trochę fotografii…

Po drugim z naszych bohaterów istniała równie imponująca pamiątka, jak te wielkie hangary, jednak tak samo jak wspomniane lotnisko sterowców, nie dotrwała do naszych czasów, bynajmniej nie w takiej formie, jak zamierzono. A mowa tu o mauzoleum marszałka Paula von Hindenburga, pomiędzy Królikowem, Sudwą i Olsztynkiem.

Pomnik-mauzoleum powstało dla uczczenia zwycięstwa Niemców nad armią rosyjską w sierpniu 1914 r., a w roku 34 uroczyście pochowano tam zmarłego marszałka .Pomysł uczenia niemieckiego zwycięstwa narodził się w 1919 roku, w piątą rocznicę bitwy, w której to wojska niemieckie pod dowództwem generała Paula Hindenburga rozbiły w sierpniu 1914 roku armię rosyjską generała Samsonowa.

31 sierpnia 1924 roku, w dziesiąta rocznicę bitwy, odbyła się uroczystość wmurowania kamienia węgielnego, w której uczestniczyło około 60 000 osób, głównie weteranów pierwszej wojny światowej. Kamień węgielny wmurował osobiście feldmarszałek Paul Hindenburg.

Budowla nawiązywała do sławnego Stonehenge – osiem dwudziestometrowych wież połączonych murami i ustawionych tak, że całość tworzyła okrąg. Pomnik usytuowano w środku rozległej, otwartej przestrzeni na sztucznie usypanym wzgórzu. Pusty dotychczas teren zadrzewiono sadzą ponad 1000 dużych dębów. W ten sposób powstał obecnie istniejący park ulicy 22 Lipca.

18 września 1927 r., tym razem w 80. rocznicę urodzin Hindenburga nastąpiła uroczystość odsłonięcia czy też otwarcia pomnika. Melchior Wańkowicz, który widział pomnik w latach 30-tych, tak wyraził swoje wrażenia – ‚pomnik bitwy pod Tannenbergiem wyrósł z samych głębi niemieckiego ducha, duch pomnika gorzej niż żołdacki, bo dorobkiewiczowski, hohenzollernowski’.

Niewątpliwie największą uroczystością w dziejach pomnika był właśnie pogrzeb Paula Hindenburga. Wbrew jego woli i założeniom pomnika, został on zamieniony, zgodnie z życzeniem Hitlera w mauzoleum. Przy dźwiękach dzwonów i huku salw armatnich złożono trumnę z feldmarszałkiem w jednej z wież. Hitler, obecny na pogrzebie, wygłosił mowę pożegnalną używając w teatralnym geście górnolotnych słów: „Toter Feldherr, geh’ ein In Walhalla!”

Równie smutny koniec czekał też i pomnik, jak i lotnisko sterowców pod Dywitami. W nocy z 21 na 22 stycznia żołnierze niemieccy widząc nadciągający koniec i swoja porażkę, wysadzili wieżę wejściową oraz wieżę Hindenburga. Reszty nie zdołali zniszczyć, zapewne z braku materiałów wybuchowych i czasu. Przed niszczeniem zdążono wywieźć zwłoki Hindenburga i jego zony oraz całe wyposażenie mauzoleum

Jednak to właśnie po wojnie zaczęła się faktyczna dewastacja budowli. Zerwano płyty granitowe z dziedzińca, część z nich posłużyła jako materiał budowlany przy wznoszeniu Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie oraz Domu Partii, część płyt użyto przy budowie pomnika wdzięczności dla Armii Czerwonej w Olsztynie.

Elementy można znaleźć też przed jednym z domów przy ul. Emilii Plater w Olsztynie (tzw. Willa Moczara). Niejeden chlewik czy kurnik ma dzisiaj ściany z cegieł pamiętających mauzoleum. Z pomnika pozostały jedynie fundamenty ukryte głęboko w ziemi i wzgórze z wgłębieniem w środku. Wszystko to zasypane, zniszczone, zarośnięte chwastami… Tak samo, jak po lotnisku i sterowcach pozostały wspomnienia, opisy i kilka zdjęć.

Opowieść o Hindenburgach, którzy wznieśli się wysoko, byli obiektem podziwu i dumy, wielką obietnicą i nadzieją. Po obu niewiele zostało, wspomnienie, kilka fotografii…

fot. Olsztyn, Ratusz miejski

jak cymbał brzmiący…

Struny rozciągnięte na drewnianej płycie rezonującego pudła w kształcie trapezu.
Naciągnięte pasma strun zaczepione o kołki, podobne do fortepianowych.
Do wydawania dźwięków używa się dwóch drewnianych pałeczek.

P1010576 (800x600)

Tak w telegraficznym skrócie można opisać instrument o nazwie cymbały. Sama nazwa jest rzeczownikiem pochodzenia obcego (czes.cymbál, cimbál, niem. zimbal, wł. cembalo, łac. cymbalum, gr. kýmbalon). Zapożyczyliśmy go już dawno temu do polskiej mowy, lecz ostatecznie zachowała się i upowszechniła nazwa w liczbie mnogiej jako te CYMBAŁY. Wraz z rzeczownikiem upowszechniły się także jego różne znaczenia: 1. ‘dzwon w zegarze’, 2. ogólnie ‘dzwoneczek, brzękadło’; 3. ‘tzw. mikstura, tzn. głos pomocniczy w organach’. Tyle teorii.
Czymże sobie zatem zasłużyły cymbały, a właściwie cymbał, by stać się określeniem lekceważącym, używanym w mowie potocznej dla człowieka ograniczonego, niezaradnego życiowo, głupca i gamonia – jednym słowem „cymbała” i zarazem opisanym wyżej instrumentem?
Pierwsza wskazówka pojawia się już w najpopularniejszej księdze świata – w Biblii. Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący – pisał święty Paweł w najbardziej chyba znanym fragmencie swojego pierwszego Listu do Koryntian. Tekst ten wymieniający brzęczącą miedź i brzmiący cymbał jest metaforą do czegoś co jest puste, bezużyteczne i bezwartościowe. Jednym słowem cymbał wyda dźwięk dopiero wtedy, gdy zostanie uderzony, w przeciwnym wypadku pozostaje nic nie wart. Prawdopodobnie takie skojarzenie poprowadziło do puszczenia w obieg (przypisywane poecie oświecenia – Franciszkowi Zabłockiemu) przenośnego sensu słowa cymbał jako pustego i nic nieznaczącego głupca, który wkrótce stał się synonimem określeń: tuman, niezdara, głupiec, fujara, bałwan. Wkrótce także głupiec krzykliwy i gadatliwy. Z czasem rzeczownik przybrał także dość nieeleganckiego znaczenia określającą tylną cześć ciała i stąd można było dostać w cymbał lub kopnąć kogoś w cymbał („Wziął kaducznie w cymbał”, „Dał mu w dupę, w sepet, w cymbał, w chałupę, w zadek, w starą panią”).
Sam instrument jest niezwykły i ma bogatą historię. My kojarzymy go głównie z kapelami ludowymi, a szlachetność jego znana była już przed wiekami na dworach całego świata. Pierwsze przedstawienie prostego chordofonu, który można określić jako cymbały uderzane, znajduje się na asyryjskiej płaskorzeźbie w Kyindjuk z 3500 roku p.n.e.! Ciekawostką jest, że choć cymbały były obecne w Polsce już w XVII wieku, w muzyce wiejskiej stały się popularne dopiero w XIX wieku. Tak tak, nie odwrotnie. Na przestrzeni wieków cymbałów używano w środowisku dworskim do zabawy, tańca. Towarzyszył on także wędrownym muzykantom i grupom teatralnym. Cymbaliści grali dopiero później w gospodach i karczmach oraz na weselach i jako akompaniatorzy do tańca. I z pewnością nie jest przypadkiem, że nazwa używana obecnie w wielu krajach Europy zachodniej DULCIMER jest połączeniem słów greckich i łacińskich „dulce” i „melos” co oznacza „piękny dźwięk”. Jak widać doceniany był przez wszystkie grupy społeczne.
„Historycy instrumentów muzycznych wskazują, że na ziemie polskie cymbały wchodziły zarówno od Wschodu, szlakiem karpackim, ale i od strony Bramy Morawskiej, czyli z Zachodu. Warto pamiętać, że i na Śląsku Cieszyńskim, i w Beskidzie Śląskim mniej więcej do okresu międzywojennego były odnotowywane przypadki gry na cymbałach. Często była to zasługa wędrownych kapel cygańskich. Na Kresach grę na cymbałach przejmowano od Żydów” – mówił etnomuzykolog Piotr Dahlig w wywiadzie dla Polskiego Radia. Kogo zainteresuje temat ten koniecznie powinien przeczytać jego książkę „ Cymbaliści w kulturze polskiej” Warszawa 2013.
Techniki gry na cymbałach są bardzo różne, podobnie jak samo brzmienie, wygląd czy budowa instrumentu. Instrument zwany jest także pod różnymi nazwami w różnych krajach: tympanon – we Francji, hackbrett – w Niemczech, cymbalom na Węgrzech, czy dulcimer w Anglii.
W polskiej kulturze tradycyjnej występują właściwie dwa rodzaje cymbałów – rzeszowskie i wileńskie. Ten pierwszy jest dużo większy i pełni w kapelach głównie funkcję rytmiczną uzupełniającą melodię, akompaniującą. Cymbały wileńskie pełnią zarówno funkcję uzupełniającą rytm i harmonie między dźwiękami melodii, ale często bywają także instrumentem solistycznym. Cymbały przywędrowały do nas po II WŚ głównie wraz z przesiedleńcami z wileńszczyzny i wpisują się pięknie od lat w barwny tygiel kulturowy Warmii i Mazur. Na szczęście tradycja grania na cymbałach kontynuowana jest przez następne pokolenia, chociażby za sprawą mojego nauczyciela – Pawła Grupkajtysa ( słów kilka o Pawle od niego samego)
Sprawni cymbaliści potrafią odnaleźć się chyba w każdym sposobie grania i każdej sytuacji muzycznej. Wszechstronność instrumentu i niepowtarzalność wibrującego dźwięku, długiego współbrzmienia sprawia, że jest w nim zaklęta magia. Niezależnie od wybrzmiewającej melodii towarzyszy tym dźwiękom pewien niepokój, ciekawość i klucz do ukrytych drzwi wyobraźni.

12495081_10204523057236289_8839800119724498192_n

Fotografia pochodzi z jednej z odsłon cyklicznej imprezy, tzw. Zjazdu Jankielów, odbywającej się na lidzbarskim zamku od 1978 roku do 1988. Później została ona wchłonięta przez Kaziuki Wilniuki. występy odbywały się na dziedzińcu i przy amfiteatrze.
więcej zdjęć: http://centrumkulturystraduny.elk.pl/cymbaly/galeria/cymbalisci_warm-maz/index.html

a jak się robi cymbały obecnie można obejrzeć tutaj:

Ołtarz z kościoła św. Jana Chrzciciela i św.Rocha w Jonkowie

11301537_985372591506172_1598434797_nOłtarz z kościoła p.w. św. Jana Chrzciciela w Jonkowie opisuje dla wielu najtrudniejszy moment w ludzkim przeżywaniu swego istnienia – moment śmierci człowieka. Sceny tam przedstawione ilustrują ostateczność w świetle nauki Kościoła katolickiego. Przyjrzyjmy się zatem bliżej obrazom, językowi symboli, spinającemu klamrą ziemskie przeznaczenie człowieka.
Wobec tajemnicy śmierci i ostateczności poszukujemy rozwiązania i odpowiedzi na nurtujące kwestie. Wielu pochyla się ku teologii chrześcijańskiej, a dokładnie jej działowi zwanemu ESTACHOLOGIĄ i chociaż na chwilę próbuje odsłonić tajemnicę. Estachologia zajmuje się nie tylko ostatecznością człowieka, ale również i świata, porusza temat życia pośmiertnego, kiedy to dusza zostaje za swój żywot osądzona i otrzymuje nagrodę bądź karę. Czyli mówi o śmierci i zmartwychwstaniu, o powtórnym przyjściu Chrystusa i sądzie, o niebie, czyśćcu i piekle, ale także o człowieku w jego relacji do Boga.
Kompozycję ołtarza z kościoła w Jonkowie stanowi układ sześciu scen pokazanych w formie płaskorzeźb, ułożonych jak tryptyk. W zwieńczeniu ołtarza pokazane są wizerunki św. Józefa i św. Archanioła Michała – patronów dobrej śmierci.
W części środkowej ołtarza, w dolnej kwaterze oglądamy celebrację Mszy Świętej, w górnej scenę Ukrzyżowania, i to chyba ona zwraca największą uwagę (obok sceny Czyśćca) oddziałuje niezwykle silnie na oglądającego. Pokazana tu Msza Święta to msza za zmarłego – ksiądz ubrany jest w czarny ornat – to jakby początek tajemnicy śmierci. To też jedyna możliwość, moment, kiedy modlitwą możemy jeszcze wspomóc umierającego. Scena powyżej to ognie piekielne, ginące w nim dusze, a nad tym wszystkim scena Ukrzyżowania i dwa anioły, które zbierają krew z ran Jezusa.
Sceny po lewej stronie ołtarza kwatery pokazują – cierpiących w ogniu czyśćca lub już w ogniu piekielnym?(dolna) oraz tronującą Maryję, która prawą rękę trzyma w geście, który próbuje ratować te cierpiące dusze, a lewą wskazuje na niebo (górna).
W słowniku teologicznym czytamy: „Czyściec — oznacza stan bolesnego oczyszczenia po śmierci. Istnieje w Kościele wiara, że nie wszyscy zbawieni doznają zaraz po śmierci szczęścia w niebie. Niektórzy przechodzą stan oczyszczenia przez cierpienie i w tym stanie mogą być wspierani modlitwami wiernych na ziemi”. Czyli pomimo odbytej mszy, pojednania się z Bogiem i uczestnictwa w wiecznym zbawieniu trzeba przejść przez czyściec, by osiągnąć to upragnione Niebo. Nie jest to jednak kara, czy potępienie, a jedynie stan przejściowy, gdzie dusza może pozbyć się ostatecznie tego wszystkiego, co skłaniało ją w jej ziemskim bycie do popełniania grzechów. Ten stan przejściowy, długość oczekiwania na upragnione zbawienie ( bądź potępienie) zależy w znacznej mierze również od żarliwości wstawiennictwa żywych, bliskich, którzy pozostali na ziemi. To też swego rodzaju transakcja wiązana, gdyż wyzwolone dusze, wychodzące z czyśćca wspomagają żywych modlących się w ich intencji. Samo oczyszczenie zaś dokonuje się przez „ogień”, który nie jest fizycznej natury, lecz jest niejako bólem duchowym wynikającym z uświadomienia własnych niedoskonałości. Tronująca Matka Boska pokazana na kwaterze górnej z lewej strony posiada największą moc w ratowaniu dusz przebywających w czyśćcu. Pokazane obok niej anioły są niejako pośrednikami pomagającymi w przechodzeniu dusz do Nieba.
Wróćmy jeszcze na chwilę do Piekła i tego czym odróżnia się od Czyśćca. Podobnie jak Czyściec, to raczej nie miejsce a stan, w którym przebywają potępione anioły i zmarli, którzy na zawsze, nieodwracalnie zostali oddzieleni od Boga, a wyłącznie w Bogu można odnaleźć szczęście i cel, dla którego człowiek został stworzony. Umierający będący w stanie grzechu idą bezpośrednio do piekła, a czynią to z własnego wolnego wyboru, wykluczając się jednocześnie z dostąpienia obcowania z Bogiem i świętymi. Ten stan to właśnie Piekło. Piekło funkcjonuje oczywiście w wyobrażeniach różnych kultur, tradycji i sztuk wizualnych w różnych formach. Podobnie jak i przedstawienie diabła, a to już temat na inną, dłuższą opowieść.
Prawa strona ołtarza to dwie kolejne sceny – dolna przedstawia umierającego człowieka przyjmującego sakrament chorych, górna to Chrystus sądujący w towarzystwie aniołów prowadzących zmarłego do nieba. W tej samej górnej scenie u dołu pokazany jest również diabeł pokonany przez Chrystusa, któremu nie udało się pozyskać kolejnej duszy. Umierający człowiek przyjmuje wiatyk, czyli komunię świętą traktowaną jako pokarm na drogę życia wiecznego.
Ołtarz z Jonkowa jest doskonałym przykładem przedstawienia chrześcijańskiej wizji umierania i śmierci, a jednocześnie jest piękną barwną opowieścią.

fot. Krystyna Janusz

Chorągiew nagrobna z Susza

Upamiętnianie osób zmarłych wpisane jest w historię każdej z cywilizacji. Chorągwie nagrobne stanowią jedną z najbardziej niezwykłych symbolicznych form takiego upamiętnienia. W Prusach moda na nie pojawiła się już na początku XVII wieku i przywędrowała prawdopodobnie z Polski. Dzisiaj kilka słów o jednym z tych niewielu zachowanych zabytków.
10352194_725347054224802_5819025985735304483_nMetafory i znaczenia takiego typu pamiątek doszukiwać się w niej można idei „żołnierza chrystusowego” czy też celowego naśladownictwa sztandarów cesarza Konstantyna, któremu anioł rzekł, by przed bitwą namalował krzyże na tarczach i sztandarach swego wojska, co miało przynieść mu oczekiwane zwycięstwo.
Wykonywano je z różnego tworzywa: tekstyliów czy blachy (miedzianej bądź żelaznej). Najczęściej przybierały formę prostokątną zakończoną trójkątnym wycięciem, o sporych rozmiarach – nawet do 3 metrów. Zdobione były dekoracją malarską – awers przeznaczano zazwyczaj na portret zmarłego w postawie adoranta, rewers ukazywał ikonografię heraldyczną, napisy biograficzne, cytaty z Pisma Świętego oraz różnorodne symbole nawiązujące do śmierci, jak kosy, sierpy, czaszki, klepsydry.
Chorągwie takie sporządzano niewątpliwie by przedłużyć pamięć o zmarłym, ale także względy praktyczne skłaniały do wyboru takiego właśnie upamiętnienia. Wykonanie i ustawienie kamiennego epitafium było dość kosztowne, a cena chorągwi to był wydatek ok 1/3 takich kosztów. Pamiętać należy, że co znakomitsi zmarli chowani byli w rodzinnych kryptach, wystarczyło więc zawiesić nad nią lub obok chorągiew z przedstawieniem zmarłego.
Chorągiew pogrzebowa to swego rodzaju epitafium dla zmarłego. Wystawiana była zazwyczaj męskim przedstawicielom wielkich, wybitnych rodów dawnych Prus. Pod koniec XIX wieku, z tych właśnie terenów znanych było ponad 100 takich zabytków. W chwili obecnej znamy 11 zachowanych, z których 4 znajdują się w zbiorach Muzeum im. Wojciecha Kętrzyńskiego.

Zachowana chorągiew Wilhelma Albrechta Schack von Wittenau, znajdująca się w kościele pw. św Antoniego w Suszu wykonana jest z miedzianej blachy, otoczonej złoconymi imitacjami liści. Na frontalnej stronie znajduje się namalowane olejną farbą przedstawienie zmarłego w siwej peruce. Klęcząca ze złożonymi rękoma postać odziana jest w stalowoczarną zbroję ze złoconymi fragmentami łączącymi poszczególne części. Biodra opasane są czerwoną szarfą, u której z lewej strony przywieszony jest rapier ze złoconą rękojeścią, przy lewej nodze znajduje się także hełm z biało-czerwoną kitą. Kolana ułożone są na poduszce, na której leży regiment – krótka laska będąca oznaką władzy oficerskiej. Pod poduszką znajdują się fragmenty uzbrojenia, bębny wojskowe i chorągwie: szwedzka i księstwa Holsztyn-Gottorp.
Po obu stronach postaci anonimowy twórca namalował herby rodzinne, ojca (min.: Schack, Pilgram, Ludzicki, Kreytzen, Ranschken) i matki (min.: Sack von Osten Sacken, Lambsdorf, Polenz). W dolnych rogach, w ozdobnych kartuszach znajdują się także inicjały”W”- Wilhelm. Z prawego górnego rogu wychodzą, jakby z nieba złociste promienie, po drugiej stronie postaci widnieje osobno herb Schack von Wittenau: modry wilk na czerwonym tle, wyskakujący z czerwono-modrej szachownicy.
Na rewersie chorągwi znajduje się biograficzny napis epitafijny, z którego dowiadujemy się o pełnionych przez zmarłego funkcjach wojskowych i dobrach, które posiadał, min.: Nipkowo Małe i Duże, tu określone jako „Dorfen Rosenbergschen”. (Opis szczegołowy chorągwi pochodzi z Die Bau- und Kunstdenkmaller der Prowinz Westpreussen. Kreis Rosenberg )
Postać zmarłej osoby na chorągwiach wyobrażana była jako żywa w dniu swojego odejścia. Patrząc na przedstawienie Wilhelma Albrechta twierdzić można, że przedstawia go mniej więcej w wieku, w którym zmarł, czyli 63 lat.
Wróćmy więc jeszcze do osoby, której poświęcony jest omawiany zabytek. Rodzina Schack von Wittenau (również Schach, w źródłach polskich – Szack, Szak) przybyła do Prus z Czech na przełomie XV/XVI wieku. Nabyli tu liczne majątki – w Stążkach, Balewie, Rodowie oraz Nipkowie. Zajmowali również wysokie i korzystne posady w administracji i wojsku.
Wilhelm Albrecht Schack urodził się 10 kwietnia 1668 r. jako syn suskiego starosty. Rodzina jego od 1671 r. posiadała przywilej patronatu nad suskim kościołem, w którym również byli chowani. On sam jako generał służył królowi Danii i Norwegii, pełniąc przy tym funkcję pułkownika gwardii przybocznej. Niewykluczone, że w latach 1700-1720 brał udział u boku króla Fryderyka IV w wojnach przeciwko Szwecji i Holsztynowi. Zmarł 22 maja 1731 r., pochowany został w rodzinnej krypcie w kościele miejskim w Suszu.
Chorągiew z Susza to zabytek wyjątkowy, najwyższej klasy. Obecnie niestety znajduje się niestety w kaplicy pogrzebowej, w nieodpowiednich warunkach, wśród mioteł, taczek i innych narzędzi ogrodniczych. Tam również znajduje się płyta grobowa z herbem rodziny Schack von Wittenau, wykonana po 1838 r. Wielka szkoda, że taki wyjątkowy zabytek nie jest dostępny dla większego ogółu i nie ozdabia pięknego suskiego kościoła dodając mu dodatkowego blasku.

Sanktuarium Maryjne Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa w Krośnie

Najpierw była tu wieś, później odnaleziony przez bawiące się dzieci posążek z białego kamienia. Obecnie jest to jedno z najpiękniejszych i równocześnie zapomnianych miejsc na Warmii. Dzisiaj odwiedzimy zespół pielgrzymkowy w Krośnie koło Ornety.
DSC_6719Dokładnie nie wiadomo, kiedy Krosno stało się ośrodkiem pątniczym. Pierwsza, wiarygodna wzmianka mówi o tym, że właściciel ziemi – Jakub Barcz, w roku 1593 wzniósł w miejsce starej, zniszczonej kaplicy z cudowną figurką nową i większą. W kolejnym też roku biskup warmiński wydał przywilej pozwalający wystawienie tam karczmy dla pielgrzymów. Pojawiły się również w tym okresie pierwsze wzmianki o tym, że miejsce to słynie z cudów.
A sprawcą owych cudów, zgodnie z legendą, miała być figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, którą bawiące się dzieci znalazły na kamieniu rwącego potoku przepływającej tam rzeki – Drwęcy Warmińskiej. Figurka wielokrotnie zamykana i przenoszona powracała na to miejsce, co uznano za znak, by w miejscu tym postawić kapliczkę.
Zanim jednak zbudowano kapliczkę, najpierw powstała wieś Krosno – Crossen, która nazwę swą otrzymała od nazwiska jej pierwszego właściciela, przybyłego z Westfalli – Johanna von Crossen. Wieś powstała na miejscu pruskiej osady, oficjalnie lokowano ją 11 listopada 1384 roku.
Pierwsza kaplica – drewniana, powstała prawdopodobnie ok 1400 roku, później postawiono murowaną, która przetrwała do XVIII wieku. Wówczas to w wyniku napływu pielgrzymów, mnożących się przypadków uzdrowień i łask oraz dzięki zabiegom proboszcza z Ornety – Kaspra Simonisa, wybudowano w tym miejscu nowy, duży kościół. Kamień węgielny w roku 1715 poświęcił biskup Teodor Potocki – jeden z głównych współfundatorów kościoła.
Istniejący obecnie kościół zbudowano na dębowych palach. Dodatkowo, aby ołtarz umiejscowić tam, gdzie odnaleziono alabastrową figurkę, zmieniono koryto rzeki Drwęcy Warmińskiej. Prace budowlane poprowadził majster Hans Christopher Reimers z Ornety, który po śmierci pochowany został w roku 1717 przed wejściem głównym do kościoła. Budowę kościoła zakończono w 1720 roku, a wykańczanie wnętrza i zdobienia fasady dopiero w 1759 roku.
Budowa zespołu pielgrzymkowego w Krośnie wzorowana była na tym, które znamy ze Świętej Lipki, czyli świątynia, obejścia krużgankowe z kaplicami narożnymi i dom kongregacji wybudowane zostały z czerwonej cegły i pokryte tynkiem. Usytuowana w zakolu rzeki świątynia jest budowlą jednonawową, o trzech przęsłach. Po bokach nawy dwa rzędy płytkich kaplic z pilastrami, o sklepieniu kolebkowym, otwierające się w kierunku nawy.
Imponująca, trójkondygnacyjna fasada o charakterze rokokowym, flankowana jest dwoma wieżami i pochodzi już z fundacji biskupa Grabowskiego. Zdobienia fasady świątyni wykonane zostały w warsztacie Krzysztofa Perwangera. Nad głównym wejściem płaskorzeźba ze sceną Nawiedzenia św. Elżbiety przez Bogurodzicę. W niszach fasady znalazły swe miejsce figury czterech Ojców Kościoła oraz św. Piotra i Pawła. Na górze relief ukazujący Madonnę z Dzieciątkiem w ośmiokątnej aureoli, wśród płomieni i obłoków.
W latach 1726-77 zbudowano wokół świątyni krużganki, które tworzą czworobok. Wewnątrz znajdują się stacje Drogi Krzyżowej, w narożnikach znajdziemy kaplice z ołtarzami nakryte kopułami z latarniami. Centralne wejście do całego założenia ozdobione jest artystycznie kutą bramą z 1778 roku. W roku 1726 postawiono w części północnej od kościoła budynek, na planie czworoboku z wewnętrznym dziedzińcem – dla księży ze wspólnoty diecezjalnej, którzy opiekowali się świątynią i pielgrzymami. Później został on miejscem dla chorych i starszych kapłanów.
Wyposażenie wnętrza posiada jednolity charakter. Pięć z siedmiu barokowych ołtarzy wykonał w latach 1722-1729 Krzysztof Peucker (Preike) z Reszla. Większość obrazów jest autorstwa Piotra Kolberga z Pieniężna. W ołtarzu głównym, wystawionym w 1724 roku znajdowała się niewielka figurka, nawiązująca do legendy i będąca przedmiotem kultu w omawianym sanktuarium. Cudowna figurka zaginęła jednak w nieznanych okolicznościach w roku 1945, obecna jest jedynie jej kopią. Dwukondygnacyjny ołtarz główny ufundowany jest przez bp Potockiego i jego rodzinę, podobnie jak boczny ołtarz św. Józefa z herbem biskupa fundatora. Zwieńczony promienistą glorią ukazuje Wniebowstąpienie Najświętszej Marii Panny. W dolnej kondygnacji umieszczone zostały figury świętych apostołów. Nad ołtarzem, na łuku tęczowym – późnogotycki krzyż.
Ołtarze boczne, jak i ambona z 1726 roku, maja charakter późnobarokowy. Zabytkowe organy są dziełem warsztatu J. Wulfa z Ornety. Warto zwrócić również uwagę na zespół barokowych ław w nietypowej kolorystyce. W pobliżu mostu przy sanktuarium znajduje się kolumna z figurą św. Jana Nepomucena wystawiona w roku 2007.
W czasie wojen napoleońskich kościół krośnieński został splądrowany, ale najbardziej ucierpiał podczas I wojny światowej, kiedy to wojska carskie podpaliły świątynię. Spalono dach kościoła, kopuły wież na krużgankach oraz dach na domu kapłańskim. W 1945 kościół został również splądrowany, a w krużgankach urządzono stajnie.
Parafia liczy obecnie niewiele ponad 300 osób, a jej proboszczem i kustoszem do niedawna był wspaniały człowiek – ks.kanonik Andrzej Krużycki, organizujący w sanktuarium m.in. motomajówkę. Odszedł zostawiając swoje starania i świątynię. Kościół potrzebuje wsparcia i funduszy od wszystkich, którym ważne jest zachowanie tego pięknego miejsca.

fot. Krystyna Janusz

Bazylika Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych w Dobrym Mieście

217172_4156255364544_1223628910_nAktem z 20 listopada 1347 kapitułę kolegiacką przeniesiono do Dobrego Miasta włączając do niej miejscowy kościół parafialny. Budowę obecnego kościoła rozpoczęto około 1359. Dzisiaj jest drugą co do wielkości świątynia Warmii, a od 1989 roku posiada również tytuł Bazyliki Mniejszej.
dmmKościół jest częścią gotyckiego zespołu kolegiackiego, kompleksu architektonicznego złożonego z zabudowań mieszkalnych i gospodarczych, i orientowanego kościoła, który wpisany w ciąg murów miejskich, przy braku zabudowań zamkowych w mieście, miał pełnić także funkcję obronną. Dokładna data konsekracji nie jest znana, przyjmuje się jednak, że dokonał jej biskup Sorbom w 1389 roku. Kompleks stanowi czworobok z kościołem w części północnej, od zachodu i południa znajdują się budynki mieszkalne kanoników, od wschodu pozostałość dawnego domu biskupów i brama wschodnia w kierunku miasta, w drugą stronę wprowadzającą na obszerny wewnętrzny dziedziniec kolegiacki ze studnią po środku.

Światynia przechodziła przez kilkaset lat swego istnienia pewne zmiany, których ślady są również widoczne, mimo to jako całość zachowała swoja oryginalna bryłę. Kolegiata funkcjonowała tu do roku 1811, kiedy to została zlikwidowana przez rząd pruski. Wtedy to zabudowania zostały przeznaczone m. in na cele szkolne, kościół wraz ze skrzydłem zachodnim stał się siedzibą proboszcza dobromiejskiego, co wiązało się m. in. zamurowaniem arkady krużganków. W latach 1872-1882 kościół został poddany regotyzacji. Najbardziej widoczna przebudowa obiektu miała miejsce w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku kiedy to przełożono dach kościoła, wyremontowano wieżyczkę zegarową, nadbudowano wieżę o jedną kondygnację i nakryto ją dwuspadowym dachem co znacznie poprawiło proporcje gotyckiej budowli.
II wojna światowa przyniosła miastu ogromna zniszczenia, cudownym przypadkiem ocalając jednak dobromiejską bazylikę. Wkrótce przywrócono jej gotycki blask, a zasłużył się temu z znacznej mierze ksiądz Emil Rzeszutek, ówczesny proboszcz parafii. Jan Paweł II podniósł 19 maja 1989 roku kolegiatę dobromiejską do godności Bazyliki Mniejszej.
Obecnie kolegiata to zwarty, nieregularny czworobok. Sama świątynia ma postać bezchórowej, trójnawowej hali bez wydzielonego prezbiterium. Od zachodu dostawiona jest wysoka wieża. Wnętrze wsparte jest na filarach tworzących siedem przęseł przekrytych sklepieniem gwiaździstym.
Najstarszym zabytkiem jest Tryptyk Mariacki z ok 1430 roku, który prawdopodobnie niegdyś znajdował się w ołtarzu głównym, obecnie w południowej (prawej) nawie bocznej kościoła.
Centralne miejsce w ołtarzu zajmuje figura tronującej Matki Bożej z Dzieciątkiem w otoczeniu dwunastu apostołów trzymających w rękach swoje insygnia męczeństwa lub symbole misji w Kościele. Pojedyncze kwaterki szafy ozdobione są baldachimami. W przeszklonej mensie ołtarza złożone są w relikwiarzu w kształcie trumny relikwie św. Innocentego. Informuje o tym kamienna tablica wmurowana w sąsiednią ścianę, a na niej napis: „święte ciało i naczynie z krwią Świętego Innocentego, męczennika według autentycznego rejestru liturgicznego podarowane w Rzymie 1 czerwca 1732 Jerzemu Mockiemu, infułatowi żółkiewskiemu i przez tegoż pełnoprawnie przeniesione go kolegiaty dobromiejskiej 29 września 1736 w tym ołtarzu spoczywa”.
Warto zwrócić również uwagę na późnogotycki Tryptyk św. Anny pochodzący z około 1500 roku. Znajduje się on obecnie w zamknięciu nawy północnej dobromiejskiej świątyni. W centrum ołtarza znajduje się postać św. Anny, trzymającej na rękach Syna Bożego, z zaprezentowaną obok Matką Bożą podającą Dzieciątku jabłko. Całość umieszczona jest w drewnianej szafie, której obustronnie dekorowane skrzydła boczne zdobią malowidła na desce. Ołtarz miał początkowo formę pentaptyku, jednak do naszych czasów zachowała się jedynie owa szafa.
DSC00590 (800x600).jpgOłtarz główny dobromiejskiej bazyliki powstał w baroku, a jego fundatorem był biskup Grabowski. W swojej formie jest bliźniaczo podobny do ołtarza katedry we Fromborku, a wykonany jest z drewna, choć imituje nastawę marmurową. Po przekazaniu pierwszego modelu ołtarza do świątyni w Dobrym Mieście, kanonicy fromborscy podjęli decyzję o zamówieniu projektu takiego samego dzieła, jednak „marmurowego, godniejszego i nieporównanie kosztowniejszego. Dobromiejski ołtarz zdobią monumentalne rzeźby św. Wojciecha i Stanisława, dzieło Krzysztofa Perwangera. Centralną część ołtarza zdobią obrazy wykonane w Wiedniu w stylu manieryzmu włoskiego: „Adoracja Trójcy Świętej” oraz będący zwieńczeniem kompozycji – owalny obraz „Przemienienie Pańskie na Górze Tabor”.
DSC00580Ambona, wykonana z drewna należy do wyjątkowych dzieł sztuki rzeźbiarskiej i pochodzi z XVII wieku. Na uwagę zasługuje również piękne baptysterium. Na cokołach wieńczących kolumny ustawione są figury Ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza. Czwarta z rzeźb: postać św. Jana znajduje się w zbiorach Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Małe aniołki, zwane puttami, podtrzymują czarę z misą chrzcielną. Baptysterium i chrzcielnica wykonane zostały przez wielkiego Izaaka Rigę.
Nie można przejść również obojętnie obok pięknych stalli kanonickich i leżących u ich podnóża lwów. To naprawdę miejsce wyjątkowe i punkt obowiązkowy dla każdego krajoznawcy i miłośnika regionu.

Bożena Truchanowska – Czarodziejski świat ilustracji

Ilustracja książkowa to jeden z pierwszych sygnałów sztuki, jaki wysyłamy do tajemniczego i pełnego wyobraźni świata dziecka. To też pierwszy „elementarz”, który uczy wrażliwości na piękno świata, przedstawia język form plastycznych, barw i kształtów. Ilustracja książkowa oswaja młodego widza i jego nieokiełznaną wyobraźnię ze złożonością otaczającego świata, tworząc tym samym wzorce dla przyszłego odbiorcy kultury.
ziarenka-maku_blogIlustrowanie książek to nie tylko dziedzina sztuki, ale niewątpliwie także doskonała metoda pedagogiczna oraz istotny element badań psychologów nad postrzeganiem i percepcją najmłodszych czytelników. Tu wszyscy badacze zgodnie twierdzą, że obcowanie z obrazem o wysokiej wartości artystycznej kształtuje w dzieciach zamiłowanie do piękna, rozwija wewnętrznie i podnosi kryteria estetyczne. Wnioski chyba nasuwają się same.
Polska ilustracja książkowa przeżyła swój największy rozkwit w latach 60-tych, kiedy zaczęła odnosić niebywałe sukcesy na arenie międzynarodowej. Świeżość i oryginalność pomysłów, autentyczność, nieszablonowość, szeroki wachlarz technik i stylistyki, niezwykła sprawność warsztatowa sprawiły, że Polska stała się liderem ilustracji dziecięcej na świecie. Fenomen ten przekuto na wiele prestiżowych nagród i wystaw na najwyższym poziomie, a przede wszystkim na regały pełne pięknych, niepowtarzalnych książek, które do dziś zachwycają – zarówno w warstwie tekstowej, jak i plastycznej – swoim nowatorstwem i oryginalnością. Wtedy także pojawiło się określenie – Polska Szkoła Ilustracji. Wraz z Polską Szkołą Plakatu przebiły one żelazna kurtynę i oczarowały świat.
Co może się dziś wydać absurdalne, to właśnie ówczesna sytuacja polityczna przyczyniła się w znacznej mierze do tego rozkwitu. Nowy system nie wtrącał się w artystyczne realizacje sztuki użytkowej, jej efekty traktując raczej jako sprzymierzeńca w kształtowaniu postaw społecznych. Bajki, baśnie, fantazyjne opowieści i poetyckie wersy sprawiały, w opinii aparatu partyjnego wrażenie pozbawionych jakiegokolwiek ładunku ideologicznego Sztuka ta nie stanowiła zatem powodu do obaw, zwłaszcza że była kierowana do dzieci. Państwo zapewniało silny mecenat, nieprzerwany ciąg zleceń i stałe źródło finansowania, a polskie dziecko „skazane było” na obcowanie ze obrazem najwyższej jakości. Polskie tytuły były tłumaczone na rosyjski i niemiecki, angielski, francuski, węgierski, czeski, a nawet na język japoński. Nagrody na międzynarodowych wystawach nakręcały propagandę sukcesu i jednocześnie zapewniały kolejne płaszczyzny rozwoju dla młodych, twórczych ilustratorów. Ten triumfalny marsz została zatrzymany u progu lat 80-tych wraz ze zmianą polityczno- społecznej, a co za tym idzie ekonomicznej sytuacji kraju. Lawinowo wygasało wsparcie na działalność wydawniczą, zmniejszała się liczba zamówień, a pozycja Polski w międzynarodowych rankingach spadał, by wreszcie pozostać prawie niezauważalną. Nastająca transformacja ustrojowa sprzyjała zalewowi tandety, zupełnie nie zwracając uwagi na edukacyjną czy kulturową rolę książki. Disneyowska, bajkowa wizja świata, przychodząca z upragnionego i tajemniczego zachodu zdominowała polski rynek książki dla dzieci.
Po napięciach społecznych lat 80. i ewidentnym regresie estetycznym czasów transformacji dopiero ostatnia dekada ponownie przyniosła rozkwit sztuki graficznej w Polsce. Wybitnych mistrzów Polskiej Szkoły Ilustracji ciągle jednak mamy w pamięci – my pokolenie PRL-u. Warto przywrócić im należyte miejsce i z przyjemnością powracać do czasów, kiedy młodego odbiorcę traktowano jako uważnego, wrażliwego i inteligentnego partnera.
Bożena Truchanowska (1929) niepodważalnie należy do owego zacnego grona. Ilustratorka, malarka, graficzka, najczęściej kojarzona jest jako jako członkini doskonałego tandemu, który tworzyła wraz ze swoim mężem – Wiesławem Majchrzakiem. Warszawską ASP skończyła w 1954 roku, z wyróżnieniem, a już 2 lata później wraz z mężem stworzyła znany i rozpoznawalny cykl ilustracji do Baśni braci Grimm. Współpracowała z dziecięcymi czasopismami „Płomykiem” i „Płomyczkiem”, „Misiem” i „Świerszczykiem”. Zilustrowała blisko 100 książek autorstwa znakomitych pisarzy polskich i europejskich, a wśród nich najpiękniejsze baśnie świata. Artystka już dzisiaj nieco zapomniana, a szkoda, bo z pewnością oglądając jej prace każdy z nas odnajdzie drogę do zapomnianych ścieżek z dzieciństwa.
Staranna kompozycja, niesamowita kolorystyka i bajkowy, poetycki wręcz nastrój cechują jej ilustracje. Zachwycające staranne obrazy, pełne pieczołowitych i wyrafinowanych elementów dekoracyjnych. W książkach sygnowanych jej nazwiskiem każdy element jest dopracowany i dopieszczony – poprzez okładkę, stronę tytułową , aż do najdrobniejszych jej części składowych. Ekspresyjny i wyraźny rysunek łączy często z rozmytymi, barwnym plamami akwareli tworząc niezapomniane wrażenia estetyczne. W jej ilustracjach uderza niezwykła subtelność, urok sennych obrazów, miękkich i delikatnych. A wszystko owinięte jakby delikatną mgłą, akcentami drobnych kwiatków, zwiewnych liści, jak chociażby w „Ziarenkach maku” Ratajczaka („Nasza Księgarnia” 1989) czy serii stworzonych przez nią kart pocztowych.
Są też ilustracje utrzymane w czerni i bieli, jak w „Dawno temu gdy byłam mała” Edith Nesbit („Nasza Księgarnia”, 1969), w „Czarownicy znad Bełdan” („Nasza Księgarnia”, 1968) czy w doskonałej „Opowieści o Ewie” Zbigniewa Brzozowskiego („Nasza Księgarnia”, 1987). Tajemniczość i czarodziejskość – atrybuty niezwykle pożądane w ilustracji dziecięcej wprost przesycają obrazki w „Dziadku do orzechów” Hoffmanna (Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, 1988). Pomimo tej bajkowej i niezwykle barwnej aranżacji ilustracje Truchanowskiej dalekie są od infantylizmu i przesłodzonej tandety, od której już tylko niewielki krok do kiczu. Pełne są za to wrażliwości i uważnego, a przede wszystkim niezwykle uczciwego i pełnego szacunku traktowania najmłodszego odbiorcy książek. Bogactwo tytułów obnaża także niestety przygnębiającą rzeczywistość polskiego rynku wydawnictw dla dzieci lat 80-tych i 90-tych, braku dobrych współczesnych tekstów i towarzyszących im ilustracji. Co za tym idzie braku silnych sentymentalnych więzi z pierwszymi lekturami dzieciństwa.
Ilustrowane przez Bożenę Truchanowską książki otrzymały wiele nagród i wyróżnień polskich, jak i międzynarodowych. Będąc niewątpliwie współtwórczynią Polskiej Szkoły Ilustracji otrzymała za całokształt twórczości nagrodę Polskiej Sekcji IBBY (2013) oraz srebrną Glorię Artis (2014). W 1975 roku została odznaczona Nagrodą Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży. Wiele nagród otrzymała również wraz z mężem, Wiesławem Majchrzakiem.
Od poniedziałku, 21 grudnia 2015 roku wystawę monograficzną ilustracji autorstwa Bożeny Truchanowskiej oglądać można w letnim pawilonie biskupów warmińskim w Lidzbarku Warmińskim, mieszczącym obecnie w swych murach Oranżerię Kultury. Organizatorzy oprócz wystawy ilustracji pokazują także zbiór oryginalnych książek dla dzieci, które ilustrowane były przez Bożenę Truchanowską, proponują warsztaty plastyczne i zajęcia edukacyjne nawiązujące do jej prac. Wystawa niesie za sobą ogromny ładunek sentymentalny i jest pięknym przykładem tego, jak niesamowity świat obrazów czekał na nas, ówczesnych młodych czytelników. Jestem przekonana, że nie tylko we mnie pozostawił on trwały ślad i odwiedzający Oranżerię Kultury pozwolą się przenieść do magicznych wspomnień z dzieciństwa.

Artykuł ukazał się na stronie SLOW

Zdjęcia z wystawy z Oranżerii Kultury w Lidzbarku Warminskim wykonała Zosia Puszcz

_MG_6402 _MG_6406 _MG_6408 _MG_6410 _MG_6413 _MG_6426 _MG_6432