46445099_1434609926668906_4348134627437707264_n

Sam zwrot „obraza uczuć religijnych” jest co najmniej idiotyczny, bo żadne uczucia, także religijne, nie mają poczucia własnej wartości ani honoru, które można obrazić. Nie ma także racjonalnego kryterium pozwalającego bezstronnie odróżnić zachowania, które urażają uczucia religijne, od takich, które ich nie urażają. Nie posiadam jednak ani kwalifikacji zawodowych, ani odpowiedniej wiedzy merytorycznej, aby uzasadnić semantyczną niejasność i dowolność interpretacji zjawiska zwanego „uczuciem religijnym” i kwestią jego ewentualnego obrażania. Zwrot ten nasuwa jednak kilka refleksji, które brzmią następująco, a do których uprawnia mnie korzystanie z dobrodziejstw zdrowego rozsądku:

  1. To co współobywatele katolicy nazywają „obrazą uczyć religijnych” jest ich dyskomfortem wynikającym z przekonania, że ich poglądy i wiara są poglądami i wiarą wszystkich obywateli zamieszkujących Polskę (obawiam się, że przekonanie to wychodzi także poza granice tego kraju). Taki pogląd jest naturalnie w państwie prawa i w cywilizowanych społeczeństwach odrzucany, ponieważ prowadzi do nietolerancji, dominacji, cenzury i tendencyjności w ferowaniu wyroków. Nikt z nas nie ma ani prawa, ani żadnej mocy by stwierdzić, że jest orędownikiem prawdy ostatecznej. Człowiek jest piękny, twórczy i rozwija się tylko dzięki różnorodności i czerpania z wiedzy, przekonań i doświadczeń innych ludzi.
  2. Sami katolicy mocno działają na polu zabrania sacrum swoim symbolom. Krzyże w każdym szpitalu, na poczcie, czy w klasie – nota bene świeckiej szkoły – są tego najlepszym przykładem. Dodatkowo nieustannie wykorzystywane także w sporach politycznych łączą się silnie z politycznymi poglądami, stają się częścią ideologi, a to z góry skazuje je na symbole agresji, nietolerancji oraz ograniczenia swobód obywatelskich. Ich sacrum chyli się ku profanum. Symbole chrześcijańskie także są nieodzownym elementem popkultury i konsumpcjonizmu.
  3. Skrajne przewrażliwienie katolików na punkcie obrazy uczuć działa również jednostronnie. Działając nieustannie z postawy wyższości obrażają tym samym wartości, o które się w gruncie rzeczy obrażają. Wydaje się nawet, że samo bycie ateistą, bądź wyznawcą innej wiary jest już najwyższą obelgą i znieważeniem. A przecież zarówno prawo, jak i ogólne zasady współżycia społecznego powinny wolność wyznania i poglądów gwarantować.
  4. Artur Schopenhauer w „Dialektyce erystycznej, czyli sztuce prowadzenia sporów” pisał: za oskarżeniem (w tym wypadku o obrazę uczuć religijnych) często formułowanym na podstawie szczątkowych informacji lub własnych mniemań, idzie atak personalny, który dodatkowo podgrzewa atmosferę i przenosi ciężar głównego zarzutu, zwykle pozbawionego racjonalnej mocy, na sferę emocji.” Warto też takie emocje studzić i jeśli czytało się Biblię, zastanowić razy kilka nad oskarżeniem drugiego człowieka.
  5. Publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej – o ile nie kwalifikuje się jako faktyczny wandalizm, a takich faktu istnienia takich sytuacji nie wykluczam – to już wyłącznie sprawa prawa kanonicznego, a nie legislatury państwowej – chyba, że jesteśmy obywatelami państwa wyznaniowego.

Człowiek jest niezwykły i skomplikowany. Do utrzymania warunków życia społeczeństw i stworzenia im szansy rozwoju niezbędna jest różnorodność i dialog.

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata.” (Mt 7,1-5)

Reklamy